Słuchaj nas: Kielce 107,9 FM | Busko-Zdrój 91,8 FM

SPORT

Zając: Nie zamierzam uchylać się od odpowiedzialności

wtorek, 30 czerwca 2020 17:28 / Autor: Damian Wysocki
fot. Grzegorz Ksel
Damian Wysocki

 – Nie mam z tym problemu: zostanę, czy nie. W tym momencie stoi przede mną  jedno zadanie: uchronić klub przed upadkiem, przygotować go do gry w pierwszej lidze. Moja osoba jest najmniej ważna, zaakceptuję każde rozwiązanie – mówi Krzysztof Zając, prezes Korony Kielce.

– Panie prezesie, Korona nie ucieknie już spod gilotyny. Za kilka dni pierwszy w historii sportowy spadek z Ekstraklasy stanie się faktem. Obecna sytuacja rodzi wiele pytań, a odpowiedzi jest niewiele. Szczególnie tych dotyczących spraw właścicielskich.

– Niepokój jest normalny w takiej sytuacji. Znaleźliśmy się w nieciekawym położeniu. Niektórzy mogą być jeszcze niepoprawnymi optymistami i wierzyć w cud, ale musimy podejść do tematu realnie. Naszej drużynie nie można odmówić chęci, ale zawsze czegoś brakuje. Sportowo nie składamy broni, będziemy walczyć do końca. Jako zarząd przygotowujemy się organizacyjnie do gry na zapleczu.

Aspekt finansowy zależy w dużej mierze od spotkania akcjonariuszy. Ciągle nierozstrzygnięte zostaje podniesienie kapitału spółki. Sprawa toczy się od października ubiegłego roku. Wydaje nam się, że w lipcu wszystko zostanie zakończone. Takie sygnały docierają do nas od rodziny Hundsdorferów. To jest podstawa do tego, aby snuć plany na przyszłość.

– W ostatnich miesiącach można było odnieść wrażenie, że rodzina Hundsdorferów ma obojętny stosunek do klubu. Oczywiście, pandemia dotknęła ich interesy, ale w trudnym momencie pozostawili zarząd samemu sobie. Teraz muszą się określić, co dalej. Jakie jest ich stanowisko?

– Mamy już zapewnienie, że jeśli nastąpi spadek, to oni zostaną i pomogą klubowi. Mogę powiedzieć tylko tyle. Jeszcze w tym tygodniu sami zabiorą głos w tej sprawie.

– Przychodzi czas rozliczeń. Spadek nie jest dziełem przypadku. Czy prezes przyjmuje odpowiedzialność za taki wynik? 

– Czuję odpowiedzialność. Nie zamierzam się od niej uchylać. Jako prezes zarządu odpowiadam za to, co dzieje się w tym momencie. Przed sezonem wydawało mi się, że skonturowaliśmy drużynę bardzo dobrej jakość. Pierwsze spotkania, szczególnie w okresie przygotowawczym, utwierdziły nas w tym przekonaniu. Polegliśmy jednak w sferze mentalnej. Zabrakło prawdziwych przywódców. Często graliśmy niezłą piłkę, wypracowywaliśmy dziesiątki sytuacji, ale byliśmy nieskuteczni. Nie potrafiliśmy się też pozbierać po straconych golach. Nie zdołaliśmy podnieść mentalnie tego zespołu w odpowiednim czasie, dlatego teraz płacimy wysoką cenę. To tej pory myślałem, że rozumiem piłkę, ale teraz dał o sobie znać ten aspekt psychologiczny. Mieliśmy kilku mistrzów treningu, ale w meczach o stawkę coś nie szło.

Mamy, co mamy. Trzeba wypić piwo. Nie wszystko jest tak, jak się często komentuje. Musieliśmy kontraktować zawodników, na których było nas stać. Myśleliśmy o wielu takich, którzy daliby jeszcze lepszą jakość, ale nie przeskoczyliśmy progu ich wymagań.

– Czasy nie sprzyjają budowie drużyny niemal od podstaw. Pewnie większość z czołowych zawodników odejdzie. Mamy zdolną młodzież. Jednak pierwszej ligi takimi graczami nie da się zawojować. Co teraz ze składaniem zespołu na nowo? Czy ta misja zostanie powierzona  trenerowi Maciejowi Bartoszkowi?

– Jesteśmy już po kilku spotkaniach. Trener chce zostać i my też chcemy dalej z nim współpracować. Naszym celem będzie jak najszybszy powrót do Ekstraklasy. Rozmawiamy również z zawodnikami z obecnej kadry. Czterech z siedmiu, którzy podpisali aneksy, jest w stanie zostać z nami. Teraz musimy jednak poczekać na to, jak będzie wyglądał nasz budżet. Stracimy pieniądze z Canal+ oraz kilka innych rekompensat, które niesie ze sobą gra na najwyższym szczeblu. Musimy się z tym zmierzyć. Na pewno większe pole do popisu będą mieć nasi młodzi zawodnicy, którzy teraz otrzymali szansę na cenne występy w Ekstraklasie. Może postawiliśmy na nich za późno, ale to jest nasza największa wartość.

– Korona płaci dziś za decyzje podejmowane latem, może nawet wcześniej.  Gino Lettieri miał dużo do powiedzenia w temacie transferów. Piłkarze, którzy trafili do Kielc, może mają umiejętności, ale razem tworzą słabą drużynę. Klocki nie zostały odpowiednio dopasowane. Mirosław Smyła i Maciej Bartoszek musieli szyć z tego, co zastali.

– Chciałbym zacząć od czegoś innego. Cały czas zamierzamy zatrudnić dyrektora sportowego. Jemu zostałaby powierzona długofalowa wizja budowy drużyny. Do tej pory nie pojawił się taki kandydat, ale byliśmy też ograniczeni pod względem finansowym. Jeśli chodzi o charakter, to nigdy nie da się przewidzieć, jak poszczególny zawodnik zareaguje na pewne rzeczy. Powtórzę: zabrakło nam liderów. Wiem do czego pan zmierza. Był u nas kontyngent zagranicznych zawodników, szczególnie z Bałkanów. Ale jeśli mielibyśmy budżet większy o dziesięć milionów, to wzięlibyśmy piłkarzy z naszej ligi. Rynek jest jednak specyficzny. Działaliśmy na miarę możliwości. 

– Jak na obecną sytuację reagują sponsorzy? Suzuki zapowiedziało, że zostanie z klubem. A inne, być może mniejsze, ale przy obecnej sytuacji na rynku, równie ważne firmy?

– Jesteśmy już po rozmowach Piotrem Dulnikiem (prezesem Suzuki – przyp. red.) oraz Alkiem Sieradzanem (prezesem Lewiatana – przyp. red.). Obaj są pozytywnie nastawieni do dalszej współpracy, również na pierwszoligowym froncie. Nasz marketing negocjuje z innymi partnerami, którzy byli z klubem w ostatnich latach. Wiadomo, że na zapleczu nie możemy już liczyć na takie pieniądze jak dotychczas, ale na pewno nie pozostaniemy bez wsparcia.

– Panie prezesie, wróćmy do dokapitalizowania spółki. Kilka prób już było. Na ma teraz obaw, że znów coś pójdzie nie tak?

– Nie boję się. Mamy do czynienia z ludźmi świadomymi swoich obowiązków. Są dwie drogi. Jeśli decyzja będzie pozytywna, to idziemy dalej. Jeśli stanie się inaczej, to jako zarząd możemy podjąć tylko jedną decyzję, która będzie oznaczała koniec klubu. Nie wydaje mi się jednak, aby właściciele nie dogadali się w takim momencie.

– Rodzina Hundsdorferów dalej chce odsprzedać część lub całość swoich akcji?

– To są sprawy właścicielskie. Jako prezesowi, nie wypada mi o tym informować. Mogę przekazać tylko ich intencje. Jeśli zdecydują się na sprzedaż udziałów, to muszą mieć stuprocentową pewność, że oddają klub w dobre ręce.

– A co z panem prezesem? Zostaje pan na stanowisku? Teraz trzeba wypić spory kufel piwa, które się naważyło.

– Nie mam z tym problemu: zostanę, czy nie. W tym momencie stoi przede mną  jedno zadanie: uchronić klub przed upadkiem, przygotować go do gry w pierwszej lidze. Moja osoba jest najmniej ważna, zaakceptuję każde rozwiązanie.

– A jak pan radzi sobie z krytyką?

– Kiedy osiąga się sukces, to jest się wielbionym. Jeśli robi się sporo, ale brakuje wyników, to jest się wyszydzanym, często poniżanym. Internet daje możliwości do anonimowych komentarzy. Nie boję się tego. Gdyby tak było, to nie mógłbym być prezesem. Krytyka jest oczywiście na miejscu, bo na nią zasłużyliśmy, ale musi mieć swoje granice. 

– Dziękuję za rozmowę.

Nowy numer!
27/2020 27/2020
TWÓJ NEWS
POSŁUCHAJ