ZAKŁADY

Na antenie: Radio eM
www.em.kielce.pl

online button
Jesteś tutaj:Radio eM»Publicystyka»Ocalony - część II

Na antenie: Radio eM
www.em.kielce.pl


Publicystyka

Ocalony - część II

Kielce / 06 października 2018 / Tekst

Skazano go na śmierć w imieniu Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej i nie miało znaczenia, że walczył o Polskę, o wolność. A potem, gdy przyszła, siedział jak dziki zwierz w klatce pod schodami w kieleckim UB, nieludzko skatowany. Liczył godziny do rozstrzelania ...

Jak napisałam w poprzednim tygodniu, Włodzimierz Kołaczkiewicz „Zawisza”, „Karol”, „Hubert” (1918-2007) był żołnierzem Narodowych Sił Zbrojnych i Brygady Świętokrzyskiej. Kiedy wiosną 1945 roku żołnierze tej ostatniej usiłowali przedostać się wraz z nią na Zachód, poszedł z nimi również nasz bohater:  

– O ile pamiętam, w kwietniu zaproponowano mi objęcie dowództwa patrolu rozpoznawczego. Znaleźli się w nim Mikuś – Zdzisław Mączyński, Wierzbina – Józef Rożek, Bonton – Henryk Pawlik, Szatyn – Zdzisław Kuliś, Dziewieź i Szabla, ich nazwisk już nie pamiętam. Razem było nas siedmiu. Prowadził nas kapitan. „Most”, ale się wycofał. Wcześniej utworzył dwa patrole. Dowódcą jednego został Warecki, drugiego ja. Wywiad czeskiej organizacji pomógł nam przedostać się przez granicę w okolicach Żywca w nocy z 28 na 29 kwietnia 1945 roku. Wkrótce potem nawiązaliśmy łączność i zawiadomiliśmy o przejściu Brygady Świętokrzyskiej. Przedostaliśmy się do Krakowa „na skrzynkę”, a później do Jędrzejowa, na ulicę Klasztorną, do państwa Sobolewskich”.

Zaczęła się jatka

Kołaczkiewicz musiał jeszcze wrócić na Podhale po lewe papiery. Opowiadał, że dostał dokumenty na nazwisko Karol Marczewski pseudonim „Karol”. – Na niewiele się to zdało. Ubowcy aresztowali mnie w Jędrzejowie w mieszkaniu Sobolewskich 31 maja, pamiętam dokładnie, było tuż przed siedemnastą. Dwa dni później przewieźli mnie do Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Pińczowie. Więzili mnie skutego, powiązanego, pobitego. Spotkałem tam szkolnego kolegę - ubeka, który widząc mnie, przywitał się: „Włodek! Niemcom uciekłeś tyle razy, ale nam nie uciekniesz, połamiemy ci ręce i nogi”. Mimo to nie przyznałem się do partyzanckiej przeszłości. Twardo udawałem, że nazywam się Karol Marczewski – wspominał stary żołnierz.

– Zaczęła się jatka. Bili mnie po piętach, aż spuchły mi całe nogi – opowiadał i milkł co chwilę. – Do aresztu w Pińczowie przyjechała wtedy kobieta, która miała przydomek „Krwawa Marietta”. Rozebrali mnie, powiesili na drągu za ręce i nogi, a Marietta biła mnie po całym ciele. Spadłem z drążka na podłogę. Ona jakby tylko na to czekała. Weszła na stół i skoczyła mi na brzuch. I robiła tak kilka razy, w kółko, z wściekłością. Miałem połamane ręce i żebra, rozbitą, spuchniętą głowę. Marietta chciała mnie zmusić do przyznania się do wydania wyroku śmierci na komendanta Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Jędrzejowie. Ale ja tego nie zrobiłem – podkreślał.

– Pamiętam, że kazano mi nieść nosze, na których leżał zakrwawiony, konający człowiek. Był tak zmaltretowany, że nie od razu mogłem rozpoznać rysy twarzy. Był to zawiadowca stacji kolejowej w Hajdaszku, 42-letni Wincenty Jagodziński. Znałem go – był w NSZ. Pytano go, czy jestem zabójcą komendanta. Ostatnim ruchem głowy zaprzeczył. Tym samym uratował mi życie. Jeden ruch głową i byłoby po mnie – wspominał Kołaczkiewicz.

Jagodzińskiego pochowano na cmentarzu w Pińczowie. Kiedy po jedenastu latach Kołaczkiewicz wyszedł z więzienia i dowiedział się, gdzie leży, zaczął odwiedzać jego grób. Do śmierci zapalał mu świeczki i modlił się o spokój duszy Wincentego.

Śmierć w imieniu PRL

Kiedy w Pińczowie ubowcom nie udało się nic wydobyć z „Zawiszy, przewieźli go do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Kielcach. A tu stosowano bardziej wyrafinowane metody przesłuchiwania niż bicie i skakanie po brzuchu.  – W upalną czerwcową noc ubrano mnie w ciepłą kufajkę, watowane spodnie i postawiono w pobliżu gorącego piecyka z rękami wyciągniętymi przed siebie. Kiedy chciało mi się pić, dali mi słonego jak diabli śledzia nabitego na patyk – opowiadał Zawisza. – Całymi godzinami, bez przerwy musiałem odpowiadać na pytania, nie wiedziałem już nawet, jak ma na imię mój ojciec, tak mi się wszystko pomieszało. W końcu musiałem przyznać się do prawdziwego nazwiska. Nie był to jednak przypadek. W UB w Kielcach rozpoznał mnie mój kolega z patrolu, tylko że teraz wystąpił w roli kata.

– Podszedł do mnie w czasie przesłuchania i powiedział: „Czołem, Zawisza!”, uderzając mnie w twarz. Śledztwo zaczęło się od nowa. Trzymali mnie pobitego w klatce pod schodami, jak dzikie zwierzę. Potem przewieźli do więzienia na ulicy Zamkowej w Kielcach. Czekałem na wyrok... W nocy z 4 na 5 sierpnia płk Antoni „Szary” Heda odbił więzienie. Ale ja znowu miałem pecha, dla kilku cel zabrakło trotylu. W tym dla mojej. Krzyczeliśmy, wyciągając ręce.

***

12 lutego 1946 roku Wojskowy Sąd Okręgu Łódzkiego na sesji wyjazdowej w Kielcach na jawnej rozprawie rozpatrzył sprawę Włodzimierza Kołaczkiewicza. W toku przewodu sądowego ustalono, że oskarżony od stycznia do końca maja 1945 roku brał aktywny udział w organizacji Narodowe Siły Zbrojne, to jest w związku mającym na celu obalenie ustroju Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Ale ocalał. Jak? O tym przeczytacie Państwo w następnym odcinku.

Dorota Kosierkiewicz

ZOSTAW KOMENTARZ

ZNAJDZIESZ NAS

WYSZUKIWARKA

TYGODNIK EM

FACEBOOK



SŁUCHAJ ONLINE

online button

TVS

Pobierz aplikacje radia eM

appstore

googleplay

banner edukacja ekonomiczna