Na antenie: Radio eM
em.kielce.pl
online button
Jesteś tutaj:Radio eM»Publicystyka»Jak przetrwać w centrum?

Na antenie: Radio eM
em.kielce.pl

Hulajnoga konkurs 700x200

Hulajnoga konkurs 300x250

Publicystyka

Jak przetrwać w centrum?

Kielce / 31 maja 2019 / Tekst

Pasja, wytrwałość i oryginalność – te cechy z pewnością przydają się w życiu codziennym, ale są również na wagę złota, jeśli prowadzimy sklep w centrum naszego miasta. Dlaczego? Z prostego powodu: żeby nie zwinąć interesu.

Czego jest najwięcej na naszym deptaku? Trudno oprzeć się wrażeniu, że banków i kantorów. Kiedyś ten krajobraz był zdecydowanie bardziej urozmaicony, głównie za sprawą wielu sklepów, które z czasem zyskały miano „legendarnych”. Przypomnijmy chociażby słynnego „Pelikana”, który przez 25 lat oferował klientom materiały papiernicze. Zniknął dwa lata temu z powodu, jak mówił sam właściciel, wymierającej „Sienkiewki”. Nie ma już również „Jubilera” przy placu Czterech Wieszczów. I wielu innych. Ci co zostali, wypracowali własne metody na przetrwanie nierównej konkurencji z galeriami handlowymi. Opowiedzieli nam o nich.

Z miłością do kapeluszy

Idziemy ulicą Dużą i dostrzegamy szyld z napisem „Kapelusze”. Tutaj od 50 lat działa dobrze znany kielczanom zakład kapeluszniczy. W środku spotykamy Elizę Kwiatek, prawdopodobnie jedyną w Kielcach modystkę, która prowadzi pracownię modniarską: – Oferujemy nakrycia głowy, czyli kapelusze i fascynatory, oraz stroiki ślubne, wianki i dodatki komunijne.

Pani Eliza dodaje jednak z żalem, iż zawód modystki umiera – brakuje odpowiednich szkół i chętnych do pracy. Do zmartwień dochodzą warunki, w jakich prowadzi zakład: – Problemem jest brak odpowiedniego dojazdu i możliwości parkowania. Wcześniej było tłoczno, ale przynajmniej w centrum coś się działo. Wówczas dominował również polski towar i rzemiosło. Obecnie zalewają nas produkty chińskie, co prawda tańsze, ale gorsze jakościowo. Często nie opłaca mi się robić niektórych rzeczy. Do tego dochodzi konkurencja galerii handlowych.

Nie załamuje jednak rąk i wykorzystując swój talent, walczy o klienta na wolnym rynku. – Kocham to, co robię, i chyba ludzie to widzą, doceniając moją pracę. Mam wielu stałych klientów, którzy często do mnie przychodzą. Swoją rolę odgrywa także poczta pantoflowa. Kapelusze wracają do łask, coraz bardziej się podobają, ale panie czasami nie mają odwagi ich zakładać – zdradza modystka.

Internet i wspólne działanie

Wychodzimy z zakładu pani Elizy. Dosłownie kilka metrów dalej trafiamy na sklep sportowy, który na trwałe wpisał się w pejzaż ulicy Dużej. – Jesteśmy tutaj od pół wieku – mówi Anna Pasek, prowadząca sklep. – Zamknięcie dojazdu do centrum, ograniczenie miejsc parkingowych i przejazdu sprawiło, że ruch znacznie się zmniejszył. Utrudnia nam to znalezienie nowych klientów, którzy często nie wiedzą o istnieniu dobrych produktów w niskich cenach. Dawniej nikt nie narzekał i rozwijał działalność. Obecnie możemy zobaczyć puste, niewyremontowane z braku środków kamienice. Sytuacja jest dramatyczna. Część sprzedaży przeniosła do Internetu ze względu na trudną sytuację w realnej rzeczywistości – wyjaśnia.

Co robi pani Anna, by się utrzymać w tym punkcie miasta? – Próbujemy, razem z innymi właścicielami, dzielić się swoimi propozycjami. Myślimy nad wspólnymi promocjami i dłuższymi godzinami pracy. Póki co jednak jest nas garstka – mówi.

Dwie perspektywy

– W tym roku zamykam sklep ostatecznie. Chciałabym tylko ponieść jak najniższe straty – rozkłada ręce Alicja Doropowicz, od sześciu lat sprzedająca odzież damską przy ulicy Małej. Zna jednak swoją branżę o wiele dłużej. Jej zdaniem mały ruch w centrum spowodowany jest decentralizacją urzędów i wyjazdem wielu mieszkańców za granicę. Znaczenie mają także wysokie czynsze: – Jeżdżę po Polsce i wiem, że wszędzie dzieje się podobnie. Może u nas jest to bardziej dotkliwe, bo miasto jest ubogie i ludzie biedniejsi.

Z warunków na „Sienkiewce” zadowolona jest jednak Anna Wychowaniec ze sklepu oferującego odzież z tkanin naturalnych, który z Pasażu Zielonego przeniósł się niedawno na główny deptak Kielc. – Jesteśmy tu od 18 maja. Zainteresowanie i ruch w naszym sklepie są bez porównania większe niż w poprzednim miejscu. Myślę, że takie akcje, jak „Budzenie Sienkiewki”, przyciągają kielczan. Moje kontakty z osobami w średnim wieku pokazują, że nie chodzą one do galerii, ale poszukują rzeczy oryginalnych i wybierają raczej centrum miasta – mówi nam pani Wychowaniec i zdradza co zrobić, żeby przetrwać na rynku. – Ważne jest to, żeby mieć rzeczy inne niż wszyscy i bez sztucznych domieszek. A my takie właśnie sprzedajemy.

Nie załamuje rąk

Drogeria przy ulicy Dużej istnieje już od 24 lat. Prowadzi ją Beata Jaklewicz.  – Początkowo miałam tu „mydło i powidło”, czyli wszelkiego rodzaju kosmetyki oraz chemia i artykuły higieniczne. Z biegiem czasu potrzeby klientów podyktowały nam to, co powinniśmy oferować. Staliśmy się drogerią z kosmetykami pielęgnacyjnymi, kolorowymi i „zapachówką”. Asortyment jest bogaty, bo posiadamy produkty, których nie ma w innych sklepach – mówi właścicielka, która podobnie jak inni przedsiębiorcy z centrum miasta napotyka na wiele problemów. – Największą niedogodnością jest brak dojazdu i miejsc parkingowych, co można rozwiązać tworząc małe parkingi. Handel tutaj ogranicza się do zera, także w związku z bliskością galerii – zauważa i mówi nam o zrzeszeniu kilkunastu przedsiębiorców z centrum, którzy aktywnie działają na rzecz poprawy sytuacji. Ostatnio podjęli decyzję o tym, żeby w czwartki zamykać sklepy dopiero o 19. Ona sama również nie załamuje rąk. – Przetrwałam dzięki mocnemu zaangażowaniu się w pozyskiwanie klienta, do którego podchodzę indywidualnie. Wprowadziłam liczne akcje promocyjne i sprzedaję produkty dużo taniej, niż w galeriach. Promuję się również w internecie i organizuję akcje makijażowe, prowadzone przez wizażystki – dodaje Beata Jaglewicz.

***

Swoją drogą ciekawe, czy nowe władze miasta rozwiążą jakoś problem sklepów, sklepików, butików, upadających jak stare drzewa pod ciosami drwala? Bo jest ich z roku na rok, ba! z miesiąca na miesiąc coraz mniej. Jeśli nic z tym nie zrobią, będziemy pewnie jedynym polskim miastem, w którym przy głównym deptaku będziemy mogli co najwyżej wymienić złotówki na dolary albo wypłacić pieniądze z bankomatu w jednym z licznych banków.

Michał Łosiak

ZOSTAW KOMENTARZ