online button
Jesteś tutaj:Radio eM»Publicystyka»Dopóki piłka w grze…
online button
online button

Publicystyka

Dopóki piłka w grze…

30 września 2017 / Tekst
Dopóki piłka w grze… Natursports / Shutterstock

Mam przyjaciela, z którym różnią nas tylko dwie rzeczy: poglądy polityczne oraz klub, któremu kibicujemy. Ja jestem wiernym fanem Barcelony, on Realu Madryt, więc teoretycznie nie powinniśmy w kwestii hiszpańskiej piłki znaleźć wspólnego języka. Ponieważ jednak jesteśmy ludźmi cywilizowanymi, udało nam się po żmudnych pertraktacjach osiągnąć zadowalający kompromis i dopuściliśmy pewne wyjątki, w myśl których on czasem kibicuje Barcelonie, a ja Realowi.

Czynię to zawsze wtedy, gdy Real gra z drużyną niemiecką. Nigdy nie kibicuję Niemcom i nie dlatego, że jestem spadkobiercą myśli Romana Dmowskiego, ale dlatego, że w wieku dziewięciu lat moje serce pękło po przegranym 0:1 słynnym „meczu na wodzie” i już nigdy się nie zrosło. I żeby nie wiem, ilu Lewandowskich i Piszczków grało w Bayernach i Borussiach – nie ma mowy. Wolę trzymać kciuki za Real Madryt.

Tak też zamierzałem uczynić we wtorkowym starciu „Królewskich” z drużyną z Dortmundu, ale gdy zapoznałem się ze składami obu ekip, ze zgrozą stwierdziłem, że tracę argumenty, by kibicować Realowi! Okazało się bowiem, że w wyjściowym składzie Borussi jest tylko… trzech niemieckich Niemców, czyli zaledwie o dwóch więcej niż u chłopaków z Madrytu! I stała się rzecz straszna: mimowolnie zacząłem dopingować Borussi! Nawet zakląłem szpetnie, gdy sędzia nie podyktował rzutu karnego po ręce Sergio Ramosa. Teraz żyję w strachu, że może dojść do sytuacji, w której w Realu będzie grało więcej Niemców niż w jakiejś niemieckiej ekipie i wtedy, niestety, będę w kropce, koniec kompromisu, przyjaźń wystawiona na ciężką próbę. No ale może nie będzie tak źle.

Takich dylematów nie ma pewnie prezes TVP Jacek Kurski, bo przypuszczam, że w ogóle nie jest kibicem. Nie to, żebym go nie lubił, ale gdy oglądałem przed kilkoma tygodniami jego konferencję prasową, w której tryumfalnie zapowiedział, że Liga Mistrzów wraca na antenę TVP, to uśmiałem się jak norka.

Dlaczego się uśmiałem? Kibice wiedzą, więc wytłumaczę tym, którzy piłką się nie interesują. Otóż mecze Ligi Mistrzów są rozgrywane we wtorki i środy w seriach po osiem spotkań. Razem szesnaście. S z e s n a ś c i e. Telewizja Polska zaś transmituje zaledwie j e d e n, więc nie jest to coś, z powodu czego wypadałoby tańczyć taniec hula-gula. Żeby pan Jacek chociaż we wtorek pokazał jeszcze jakieś spotkanie, jak to drzewiej bywało… W dodatku po szumnych zapowiedziach, że kibice będą mogli wybrać to, które chcą obejrzeć, zachował się pan Jacek jak Henry Ford, który obiecał Amerykanom samochód w jakim chcą kolorze, pod warunkiem, że będzie to kolor czarny. W związku z czym próbował wcisnąć mi w środę tego sprzedawczyka Neymara i jego kolegów z Paryża, a ja wolałem oczywiście oglądać moją Barcelonkę.

Barcelonkę i tak obejrzałem, choć nie w TVP. Ale może kiedyś… W końcu, jak mawiał nieodżałowany pan Kazimierz Górski, dopóki piłka w grze… Tomasz Natkaniec

ZOSTAW KOMENTARZ

ZNAJDZIESZ NAS

WYSZUKIWARKA

FACEBOOK



SŁUCHAJ ONLINE

online button

Pobierz aplikacje radia eM

appstore

googleplay

banner edukacja ekonomiczna