Słuchaj nas: Kielce 107,9 FM | Busko-Zdrój 91,8 FM
Lotto092020

PUBLICYSTYKA

Alleluja i do przodu!

poniedziałek, 02 kwietnia 2018 06:24 / Autor: Tygodnik eM Kielce
Tygodnik eM Kielce

– Najważniejsze jest poczucie własnej wartości. To, że ktoś mnie ceni, szanuje, że jestem komuś potrzebny. To jest punkt startu. Dopóki go nie ma, zło niszczy człowieka – tłumaczy ksiądz profesor Mieczysław Rusiecki.

Duchowny jest znany kilku pokoleniom kielczan. Niezmiennie od dziesięcioleci przychodzą do kościoła świętej Trójcy na sprawowane przez niego Msze święte, by zaczerpnąć z wiary i nauki księdza profesora, który mimo upływu lat podchodzi do Boga i ludzi z niesłabnącym entuzjazmem.

– Rysem charakterystycznym słowa, które głosi, jest zakorzenienie tego, co mówi, w Słowie Bożym, ale też wychodzenie dalej, ku człowiekowi, poprzez psychologię, elementy pedagogiki, nawiązywanie do codziennych sytuacji – podkreśla ksiądz biskup Andrzej Kaleta, biskup pomocniczy diecezji kieleckiej, uczeń profesora Rusieckiego w Wyższym Seminarium Duchownym w Kielcach. – Na jego drodze pojawiła się pani Nauka i jej się oddał, ale, co ciekawe, nie zrezygnował z tego, co stanowi istotę kapłaństwa, czyli z posługiwania w konfesjonale, na ambonie czy po prostu w kościele. Ksiądz profesor Rusiecki wpisuje się w naszą kielecką rzeczywistość.

Skłamałem…

Urodził się w 1921 roku nieopodal Chmielnika. – Było nas w rodzinie dziewięcioro. Ja – siódmy z kolei – opowiada ksiądz profesor. 1 września 1939 roku poszedł do szkoły. Nie sądził, że tego samego dnia wybuchnie wojna: – Nauczycielka zakomunikowała, że kuratorium oświaty zamierza zabrać nam podręczniki. Przeraziłem się, bo nie chciałem oddać książki, którą tak mocno kochałem. Schowałem ją pod tornister. Nauczycielka zapytała, gdzie jest? Odparłem, że nie mam, i to było moje pierwsze kłamstwo. Przejąłem się, ale i ucieszyłem, że uratowałem podręcznik. Gdy wracałem ze szkoły, zobaczyłem naprzeciwko mnie dwóch żandarmów z wilczurem. Pies rwał się w moim kierunku, szczekał. Szedłem brzegiem rowu, bałem się, żeby nie spaść, ale minąłem ich. I uświadomiłem sobie ważną rzecz – nie wolno uciekać, bo będą strzelać.

Kiedy skończyła się okupacja, dojeżdżał do szkoły w Chmielniku. Ale miłość do ludzi i Boga wyniósł z domu. – Odmawialiśmy wspólnie modlitwę. W pierwszy piątek miesiąca szliśmy pieszo sześć kilometrów do kościoła. To była taka wielka religijna przestrzeń, dzięki której wchłaniałem potrzebę bycia bliżej ołtarza, bliżej religijnych doświadczeń – wspomina.

Po ósmej klasie trafił do liceum św. Stanisława Kostki w Kielcach: – Władza ludowa chciała tę szkołę upaństwowić, pojawili się ZMP-owcy, czuliśmy niepokój. Zabrali dyrektora, który był dla nas autorytetem. Pojawił się jakiś nauczyciel z zewnątrz, komunista, i gdy zobaczył kiedyś u mojego kolegi odznakę ministrancką, chciał mu ją wyrwać. Myśmy się wtedy wszyscy zbuntowali, jak jeden mąż! Wycofał się. Szesnastu z nas po dziewiątej klasie zgłosiło się do niższego seminarium duchownego. Mieliśmy nauczycieli, którzy prowadzili nas programem przedwojennym. A w szkołach likwidowano pewne treści, pewne przedmioty.

Matura? Od nowa!

Potem rok wikariatu w Piekoszowie, pięć lat w katedrze. Już wtedy młody ksiądz Rusiecki znany był z doskonałych kazań. – Jeden z profesorów, homileta, odprawiał Mszę świętą w katedrze, ja głosiłem homilię. Ale mówiłem z takim wewnętrznym, ogromnym zapałem, że mnie skierowano na studia, na homiletykę – opowiada ksiądz profesor. – Ksiądz biskup Kaczmarek wyraził zgodę. To było w czerwcu 1963 roku, a 26 sierpnia zmarł. I wtedy pewien urzędnik kurialny powiedział mi: „Będziesz też studiował katechetykę”. Studiowałem więc jedno i drugie – rozkłada ręce i milknie na chwilę.

Kiedy pojechał do Warszawy na Akademię Teologiczną, zażądano od niego matury państwowej. – A ja miałem tylko prywatną, z kieleckiego seminarium. Udaliśmy się do ministerstwa, żeby mi tę maturę uznano. Jednak urzędnik zakpił, że mogę ją sobie powiesić w łazience. Zacząłem więc chodzić do liceum korespondencyjnego przy ulicy Karowej. Był koniec listopada. Do lutego zrobiłem materiał i złożyłem egzamin z klasy X, od lutego do czerwca z klasy XI. I otrzymałem maturę państwową. 40 egzaminów w ciągu tak krótkiego czasu. Byłem wykończony, ale ucieszony, że wystartowałem i się udało. Ukończyłem studia i wróciłem do diecezji – opowiada ksiądz profesor.

Uodpornić na zło

Ksiądz Rusiecki był wizytatorem, duszpasterzem akademickim, wykładowcą w WSD w Kielcach, prowadził rekolekcje dla maturzystów i pedagogów w Kielcach oraz Częstochowie, zajmował się pracą naukową, publikował, niezmiennie spowiadał, głosił kazania w kościele św. Trójcy: – To mnie uskrzydlało. Byłem naprawdę w tych obowiązkach całkowicie ofiarny i oddany. To można określić jako pracoholizm, choć nigdy tego słowa nie zaakceptowałem. Całkowicie wszedłem w rzeczywistość, która człowieka mogła wewnętrznie coraz lepiej układać, uodpornić na zło i dać szansę takiemu „Alleluja i do przodu!”, jak by to powiedział nasz papież.

– To jest nie tylko uczony, ale człowiek, który autentycznie przekłada naukę na pogłębione, niebanalne duszpasterstwo. Jego nauczanie było dla mnie ważne, formowało mnie jako przyszłego kapłana – mówi ksiądz Paweł Tambor, rektor Wyższego Seminarium Duchownego w Kielcach, uczeń profesora.

– Poprzez głoszone słowo przyciąga ludzi nie do siebie, ale do tej prawdy, którą głosi, czyli do Pana Boga – podsumowuje ksiądz biskup Kaleta.

Dorota Kosierkiewicz

Nowy numer!
37/2020 37/2020
TWÓJ NEWS
POSŁUCHAJ
WIDEO